Stefan Wroński


Stefan WrońskiStefan Wroński – dziennikarz. Współpracował m.in. z tygodnikiem "Wprost", "Rzeczpospolitą" i TVP Olsztyn. Był reporterem Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, aktualnie redaktor naczelny magazynu Restauracja. Podróżnik: ostatnie lata spędził na włóczędze pomiędzy Francją, Stanami Zjednoczonymi, Indiami i Ameryką Południową. Żeglarz: pomagał organizować "Szkołę pod żaglami", pracował na Karaibach na żaglowcu Fryderyk Chopin.
"Dzidek" to jego bardzo udany debiut powieściopisarski.

Niezwykła historia Dzidka - chłopaka z warszawskiego Śródmieścia, który dorastał w barwnych latach trzydziestych stanowi pretekst do opowieści o Warszawie, o mieście kamieniczników, kupców, Żydów, muzyków, awanturników, doliniarzy i pijaków… Historia o dorastaniu, rodzinie, miłości – słowem o czasach beztroski, nad którymi nieuchronnie zbierają się czarne chmury, by w końcu zmienić się w hitlerowską nawałnicę.

Dzidek prowadzi łobuzerski tryb życia, zadziera z kim popadnie, ma paczkę kumpli – też niezłych andrusów. Wkrótce wpakuje się w naprawdę poważną aferę. Jego rodzina jest bowiem posiada niezwykle cenną ikon, ęa ta staje się przedmiotem zainteresowania szemranych postaci z bandyckich zakamarków Woli…




Wybrane recenzje

Dzidka, chłopaka z warszawskiego Śródmieścia lat trzydziestych, polubimy już od pierwszych stron. Mały apasz, sympatyczny i bystry, ma głowę pełną dość oryginalnych pomysłów, których realizacja nie zawsze kończy się dobrze. Razem ze swoją paczką, składającą się z podobnych do niego wisusów, rozrabia na warszawskich podwórkach.
link do pełnej recenzji

Ma przedwojenny Lublin swojego Wrońskiego, ma swojego Wrońskiego przedwojenna Warszawa! "Dzidek" Stefana Wrońskiego to nie tylko dobrze napisana proza, ale przede wszystkim klimatyczny obraz stolicy lat 30. ubiegłego wieku.
link do pełnej recenzji


Fragmenty powieści

Klatka schodowa była szeroka, balustrada wykonana przez mistrza kowalskiego, tralki wygięte w misterne esy-floresy. Przybito do nich poręcze z bukowego drewna. Szerokie i wysokie okna na półpiętrach rozświetlały białe marmury, dzięki czemu widać było każdą ukrytą w kamieniu żyłkę. Na piętrach, pomiędzy drzwiami mieszkań, architekt umieścił wnęki, w których stały marmurowe wazy. Same drzwi wykonano z rzeźbionego drewna dębowego, co czyniło je grubymi i ciężkimi, że z trudem otwierał je człowiek dorosły, a co dopiero dzieciak, taki jak Dzidek. Ten wpadł do szerokiego, kwadratowego przedpokoju i niemal przeleciał przez salon, do sypialni rodziców. Wejście do niej blokowała zgrabna, rezolutna pokojówka Marcia. Dzidek nie miał zamiaru wpaść w jej ręce, więc spróbował pokonać ją szybkością i sprytem. Udał, że będzie podchodził ją z prawej, ale w ostatniej chwili odbił i prześliznął obok lewego szerokiego biodra. Miał już Marcię za sobą, ale ta w ostatniej chwili złapała go za szelki i zatrzymała na miejscu. Zanim zdążył zaprotestować, poprawiła mu włosy, sterczące na wszystkie strony. Co gorsza, zwilżyła śliną kawałek szmatki i boleśnie pocierała nią policzki Dzidka, starając się je choć trochę wyczyścić. Pouczała go przy tym, że nie można pokazać się jako brudas, że mama jest zmęczona i że musi być wyjątkowo grzeczny.
Zgłupiała!, pomyślał, a na głos powiedział:
– Wiem, Marciu. Przecież jestem synem doktora.
W końcu wyrwał się jej z rąk i wbiegł do sypialni rodziców. Rozradowany chciał rzucić się w ramiona matki, ale przystanął na widok ojca w rozpiętej koszuli, z podciągniętymi rękawami, który szalał, wyrzucając z szuflad ubrania.
– Ziuta! – krzyczał do zmęczonej żony. – Gdzie są moje kalesony!?
– Zapytaj Marci – odpowiedziała wyczerpana.
– Marcia! Gdzie są moje kalesony?! – Doktor stanął przed przerażoną pokojówką. Był niskiego wzrostu, ale mocnej budowy ciała. Jasne włosy, zaczesane do góry, lekko ściągnięte brwi i rzadko uśmiechające się, wąskie usta zdradzały surowość charakteru. Twarz miał podłużną, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi, jakby wyrzeźbioną w marmurze, duże oczy, mocną brodę i mały, zgrabny nos. Dodatkowe wrażenie robiła długa blizna na prawym policzku, tuż pod okiem, w którym zwykle nosił monokl, teraz dyndający na przyczepionym do kamizelki łańcuszku.
– W garderobie, panie doktorze – odparła Marcia.
– Szybko mi je przynieś! – nakazał.
Po chwili miał kalesony w ręku. Uklęknął, ułożył je na ziemi i rozszerzył nogawkę.
– Marciu, weź teraz Jolę i spróbuj przecisnąć ją przez moje kalesony.
– Słucham? – zapytała przerażona.
– Czy muszę dwa razy wszystko powtarzać? Weź dziewczynkę i przeciągnij ją przez moje kalesony. Szybko! – Marcia wykonała prośbę doktora, nachylając się i z trudem przeciskając biednego noworodka przez nogawkę.
– Co robisz, tato? – Dzidek nie bał się zadać pytania, co bardzo ucieszyło Marcię, bo i ją rozsadzała ciekawość. Ojciec, zadowolony z siebie, usiadł w fotelu, wziął na ręce dziewczynkę i zamiast becikiem owinął maleństwo szarymi kalesonami.
– Chcę, aby za twoją siostrą szaleli mężczyźni. A nie znam lepszego sposobu, jak przeciągnąć niemowlę przez nogawkę kalesonów. Masz siostrzyczkę.
Chłopak popatrzył zdziwiony. Zastanawiał się, czy przypadkiem tatko nie oszalał. Potem przyjrzał się różowej, niemowlęcej buzi. Chciało mu się płakać. Taka kompromitacja! A mógł mieć brata! Przecież oczami wyobraźni widział już, jak go uczy wybierać idealne drewno do procy, jak wspinać się na drzewa, jak umiejętnie podkradać ciasto stróżowi Józefowi. Chciał mu pokazać najtajniejsze skrytki kamienicy, szyfry, jakich używał, aby dostać się do miejsc, o których istnieniu nikt oprócz niego nie miał pojęcia. Chciał go nauczyć puszczania kaczek w Łazienkach i węzłów wędkarskich, które miały wytrzymać ciężar tamtejszych złotych karpi, których wyłowienie było niespełnionym marzeniem każdego podwórkowego łobuza. Zamiast jednak wymarzonego, wyśnionego brata, dla którego byłby ideałem, z którym walczyłby na miecze i którego pokonywałby w każdej wojnie, bo przecież jest starszy, ma siostrę! Na rodziców nie ma co liczyć, pomyślał. Przełknął ślinę, która wydała mu się gorsza niż serwowana przez Marcię co rano łyżka tranu.
– A po co nam ona?
– Przyda się – powiedział rozbawiony doktor.
– Pewnie umie gotować i sprzątać. – Dzidek nie mógł powstrzymać łez. Popłynęły po policzkach. – Dajmy ją Anieli. Przecież ma tyle pracy – stwierdził.
Mama przyciągnęła go mocno do siebie i ucałowała. Gdy już udało mu się wyrwać, chciał wybiec do przyjaciół, ale nie wiedział, jak im wytłumaczyć taki blamaż. Zatrzymał się, bo usłyszał zdziwiony głos ojca.
– Jola w kuchni? Nie słyszałem nigdy o czarownicy pracującej w kuchni. Chyba że tak nazywasz laboratorium magiczne!

Wszystkie trzy stanęły przed wymalowaną drogą prowadzącą stromo w górę. Droga była wąska, kręta. Dokoła rosły gęsto kolczaste krzaki. Było na niej mnóstwo ostrych kamieni, dołów, przeszkód, o które z pewnością można by się potknąć, w które można by wpaść i które trudno ominąć. Na końcu, u samego szczytu, znajdowała się brama, a nad nią zbity z drewnianych listewek, połamany napis NIEBO. Po jego drugiej stronie w dół opadała droga brukowana, złota… Piękna. Wokół pełno pokus: jabłonie, grusze i drzewa śliwkowe obsypane soczystymi owocami. Na końcu lśniła złocona brama z ozdobnym napisem PIEKŁO.
– Ola zachowywała się dzisiaj jak na dziewczynkę z dobrego domu przystało. Gdy wstała rano, od razu poszła się umyć. – Ciocia Eugenia z przyjemnością chwaliła córkę. – Potem uczyła się pilnie, w końcu nakarmiła zwierzaki w zagrodzie. Cały dzień była czyściutka i prawdziwie święta.
Ola promieniała! Uważnie spoglądała na rękę mamy z białą pinezką w dłoni. W miarę jak Eugenia wychwalała córkę, dłoń posuwała się w kierunku nieba. Gdy skończyła, wbiła pinezkę przed samą bramą. Ola klasnęła w ręce ze szczęścia. Obie patrzyły teraz na Jolę, która, co tu dużo mówić, sprawiała wrażenie zgnębionej i przytłoczonej ciężarem grzechów. Przyglądała się wymalowanej ścianie. Na wakacjach u cioci Eugenii jest dopiero od dwóch dni, a już tak zdążyła narozrabiać, że jej szpilka tkwi w połowie drogi do piekielnych bram. A całkiem prawdopodobne, że wkrótce znajdzie się pod samym złotym napisem. Ciocia Eugenia westchnęła. Z ociąganiem wyrwała ze ściany pinezkę z czarną główką.
– Jolunia wstała dzisiaj o świcie. – Pinezka powędrowała kawałek w stronę nieba. – Nie umyła się jednak rano. Gdy jej o tym przypomniałam, obiecała to nadrobić, ale słowa nie dotrzymała. – Pinezka przesunęła się ku wiecznemu potępieniu. – Potem ganiała kury w zagrodzie, denerwowała Grafita na łańcuchu, w końcu ukryła się przed wszystkimi. Cała służba ciebie, Jolu, szukała… – W ciocinym głosie słychać było lekki wyrzut.
– Ale ja nie wiedziałam – tłumaczyła przestraszona dziewczynka.
– Trudno uwierzyć, skoro zakopałaś się w sianie w stodole. Byłam tam dwa razy i głośno wołałam. – Ciocia Eugenia patrzyła dość surowo. Po dziewczynce widać było cierpienie, więc ciocine serce zmiękło nieco.
– Myślałam, że ciocia jest zła… – Jola to zauważyła i momentalnie chciała wykorzystać sytuację.
– O co? – Eugenia, gdyby tylko mogła, wybuchnęłaby śmiechem, tak komiczno-żałosny widok przedstawiała w tej chwili córka jej kuzyna.
– O ten słoik ze spiżarni – palnęła dziewczynka.
– To jeszcze słoik jest twoją sprawką? – Z niedowierzaniem zapytała ciocia Eugenia. – Teraz rozumiem. Dlatego nie chciałaś jeść obiadu! A ja myślałam, że ci nie smakuje, bo jest zimny.
– Bo był zimny. – Jola jeszcze próbowała się ratować.
– A wiesz czemu? – zapytała ciocia.
– Nie. – Dziewczynka czuła w tym pytaniu pułapkę.
– Bo tak długo cię szukaliśmy, że wystygł. Naprawdę się niepokoiliśmy – powiedziała ciocia.
Jola była załamana. Jej pinezka została wbita pod bramą piekła. Wizja wiecznego potępienia była tak przygnębiająca, że mała zaczęła szlochać. Łzy doszczętnie zmiękczyły stanowcze serce cioci Eugenii.
– Nie płacz, Jolu. Jesteś przecież grzeczną dziewczynką, tylko dzisiaj ci nie wyszło. Zresztą… Ponieważ chciałaś iść wcześniej do łóżka, poszybujesz trochę wyżej.
Jola rozchmurzyła się nieco. A poczuła się jeszcze lepiej, gdy ciocia powiedziała:
– Ola nie chciała iść do łóżka, więc powinna troszkę spaść z piedestału.
Teraz nie wyglądało to tak strasznie. Jeszcze przed chwilą miałam być potępiona na wieki, a ta głupia Ola zbawiona, a teraz mamy równe szanse, pomyślała Jola. Nie, Ola wcale nie jest głupia, skarciła się w myślach.
– Niech ciocia przywróci Oli dawną pozycję – poprosiła na głos. – Zasługuje na to.
Tak szczerego i słodkiego głosu świat jeszcze nie słyszał.
– Jakaś ty kochana! – Ciocia Eugenia była wzruszona. – Za dobroć serduszka poszybujesz jeszcze wyżej.
– Mamo, to niesprawiedliwe… – Zaczęła Ola, której już od dłuższego czasu nie podobały się zmiany wprowadzane na wymalowanej ścianie. Z początku nic nie mówiła, ale teraz zrobiło się niebezpiecznie. Miała w głowie jasną wizję sprawiedliwości, w której ona nie gania po drzewach i jest nagradzana, a łobuzująca Jola karana. Teraz ten obraz legł w gruzach.
– Nie bądź niewdzięczna! – skarciła ją zaskoczona matka. – Jola się za tobą wstawiła.
– Ale ona oszukuje – próbowała oponować Ola.
– Zawiodłam się na tobie. – Ciocia Eugenia nie mogła puścić płazem takiej buty. – Nie zasługujesz na tak wysoką pozycję.
– Niech ciocia jej tego nie robi. – Jola próbowała bronić kuzynki. – Ja naprawdę nie zasługuję na tak wysoką pozycję.
– Aleś ty skromna, Joluniu. – Uśmiechnęła się ciocia. – Widzisz, już jesteś w połowie drogi do nieba. Na tej samej wysokości, co Ola.
– To niesprawiedliwe! – Ola była zdruzgotana.
– Olka, jeszcze jedno słowo! – Pogroziła jej palcem ciocia Eugenia.
– Niech ciocia jej wybaczy! – Jola szczerze próbowała ratować sytuację.
– Ale to niesprawiedliwe! – Ola niepotrzebnie tupnęła ze złości nóżką.
– Dość tego! Trafiasz do bram piekła! A ty, Jolu, jesteś dobrą dziewczynką. – Ciocia Eugenia w jednej chwili odzyskała surowość i stanowczość. – Wędrujesz prosto do bram nieba. Jak jutro będziesz grzeczna, to może zapukasz do bram świętego Piotra. Odmówcie teraz pacierz i bez zbędnego gadania do łóżek! Jutro też jest dzień.
Jola nie mogła zasnąć. A gdy już była pewna, że śpi jej cioteczna siostra, podeszła do ściany. Cofnęła swoją pinezkę aż do pinezki kuzynki. Ustawiła ją nawet trochę poniżej.
Nie byłam dość grzeczna. Tak będzie lepiej, pomyślała, kładąc się do łóżka. Szybko zasnęła. Wtedy wstała Ola. Przestawiła pinezkę Joli na dawne miejsce. Kątem oka popatrzyła na swoją i przeraziła się bliskości piekła. Przestawiła ją o milimetr dalej od złoconej bramy. Teraz wydawało się, że jej dusza jest bezpieczniejsza. Choć trochę bezpieczniejsza. Jutro muszę być naprawdę grzeczna dla siostry i mniej zarozumiała, skarciła się w duchu.